Krakowowi i Małopolsce potrzebny jest nowoczesny i uniwersalny znak pamięci o wszystkich ofiarach powietrznych bitew nad naszą ziemią. Młodzi chłopcy ginący w dramatycznych okolicznościach zasługują na nasz najwyższy szacunek. Stwórzmy w Krakowie bulwar Pamięci Lotników Alianckich!
Żeby latem i jesienią 1944 r. lecieć nad Polskę samotnym, słabo uzbrojonym bombowcem, wioząc z wolnego świata nie tylko broń, lecz przede wszystkim nadzieję - trzeba było być szalonym. Trzeba było być Polakiem, Brytyjczykiem, Afrykanerem, Kanadyjczykiem, Australijczykiem i czuć powinność niesienia pomocy niezłomnym żołnierzom Armii Krajowej w płonącej Warszawie.
Żeby w 1944 r. lecieć nad Śląsk, by zdławić niemiecką machinę wojenną u samych jej źródeł, odciąć dopływ paliwa dla czołgów, samolotów i u-bootów - trzeba było być szalonym. Trzeba było być Amerykaninem, mieć około 20 lat i tak strasznie się bać, wlatując spokojnie, w regularnym szyku, w ogień zaporowy artylerii przeciwlotniczej nad Blachownią Śląską.
Żeby zimą 1945 r. nadrabiać nonszalancję i nieudolność sowieckiego dowództwa, zastępując w Beskidach ciężką artylerię, której nie udało się na czas podciągnąć, trzeba było być szalonym. Trzeba było być Rosjaninem - pilotem albo strzelcem szturmowego Iła-2, który - wbrew propagandowym bredniom o "latającym czołgu" - był dziecinnie łatwym łupem dla pilotów Luftwaffe, strącających go w niewyobrażalnych ilościach.
To wszystko działo się nad naszymi ziemiami. Spokojne krajobrazy Powiśla Dąbrowskiego, przepiękne wzgórza nad Bochnią, gorczańskie hale i podnóże Tatr są dnem powietrznego oceanu, na które opadały ofiary bojów sprzed ponad 60 lat. Na tym dnie do dziś leżą szczątki maszyn, często zmieszane z odłamkami kości ich załóg. To nie jest przenośnia. Miałem je w swoich dłoniach.
To były egzekucje
W takich chwilach znikają sprzed oczu tabele lotów i pożółkłe materiały archiwalne. Jest tylko samotny czterosilnikowy halifax lub liberator, płynący nad szczytami Karpat w powodzi księżycowego blasku. Siedmioosobowa załoga, zdrętwiała w ciasnym, zimnym kadłubie po prawie czterech godzinach lotu z dalekich Włoch nie wie, że krążące wokół radiolatarni w Radomiu dwusilnikowe myśliwce ze sterczącymi z nosów prętami anten biorą już kurs na południe. Niemieckie stacje radarowe dalekiego zasięgu typu "Freya" widzą doskonale śmiałków, skradających się ku walczącej Warszawie. Operatorzy przekazują prowadzenie myśliwców radarom o precyzyjniejszym działaniu - typu "Wűrzburg", rozrzuconym m.in. w okolicach Krakowa i Bochni. Po kilku minutach dwusilnikowy messerschmitt Bf-110, o czarno-szarym umaszczeniu nocnego drapieżnika, jest już we właściwym kwadracie. Prowadzenie przejmuje operator aparatury pokładowej. Na ekranie oscyloskopowym pojawia się delikatny, świetlisty krąg. Gdy jest asymetryczny, oznacza, że cel jest z boku, gdy jest idealnym kołem - myśliwiec dokładnie tropi cel. Załoga bombowca nic o tym nie wie. Nie wie, że naprowadzony bezbłędnie niemiecki pilot dostrzegł już czarną sylwetę ich maszyny, błyszczącej wspaniale w świetle księżyca licznymi okienkami i kopułkami; widzi niebieskożółte ogniki z jej rur wydechowych, czuje wiry powietrzne za sterami bombowca. Myśliwiec zaczyna opadać i przyspieszać, wpełza powoli pod brzuch samotnego olbrzyma. Tylny strzelec, skulony w przezroczystym bąblu maleńkiej wieżyczki, bezradnie wodzi po niebie czterema lufami karabinów maszynowych, lecz nie może widzieć, jak kilkadziesiąt metrów pod nim niemiecki pilot delikatnie ściąga ster ku sobie. Me-110 staje dęba tracąc szybkość i w tym momencie z jego nosa tryskają wielometrowe strumienie ognia. Kilkadziesiąt kilogramów pocisków, wystrzelonych z działek w ułamku sekundy, dwukrotnie orze brzuch bombowca - z przodu do tyłu i z tyłu do przodu. Myśliwiec traci szybkość i opada, lecz nawrót jest zbędny. Pokład bombowca jest piekłem poszarpanego duralu, dymu, ognia, płynu hydraulicznego, krwi, wyrwanych wnętrzności, jęków konających ludzi.
To nie były pojedynki powietrzne. To były egzekucje. W takich okolicznościach ginęli zazwyczaj wszyscy, mało komu udawało się opuścić pokład na spadochronie.
Natężenie nocnych walk powietrznych, prowadzonych głównie nad terenami Małopolski, nie miało precedensu, ani też nie powtórzyło już w dziejach II wojny światowej na naszym terytorium. Czynnikiem sprawczym był wybuch Powstania Warszawskiego, jednak bezpośrednią przyczyną intensyfikacji walk lotniczych była decyzja Winstona Churchilla z 11 sierpnia 1944 r. o wzmożeniu pomocy dla powstania za pomocą dodatkowych, wydzielonych sił RAF. Oprócz dobrze wyszkolonych załóg 334. Skrzydła do Zadań Specjalnych, w tym polskiej Eskadry 1586. i 148. Dywizjonu RAF, nad Warszawę skierowano młodych chłopców z 205. Grupy Bombowej, ze 178. Dywizjonu RAF oraz 31. i 34. Dywizjonu Południowoafrykańskich Sił Powietrznych. Właśnie młodzi Afrykanerzy ponieśli najcięższe straty nad Małopolską.
Załogi dwudziestolatków
Jeśli o chłopcach ze zrzutowych maszyn w okresie PRL-u cokolwiek mówiono (byli między nimi Polacy, a poza tym długich szeregów białych tablic na cmentarzu Brytyjskim na Rakowicach nie da się zasłonić), to udział lotników amerykańskich w operacjach nad Polską był (i nadal jest) nieznaną wojną. Poległych Amerykanów, zgodnie z tradycją Sił Zbrojnych USA, starano się ekshumować i zabrać do domu. Znikały groby, zaś UB szczególnie dbało o to, by nikomu nie wpadło do głowy upamiętniać takich miejsc. Sąsiedzi w wielu wsiach donosili na siebie nawzajem, że ten i ów melinuje w szopie kawałki z rozbitego "Amerykana".
Później w literaturze zaczęły się pojawiać sygnały o nalotach Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych (United States Army Air Forces - USAAF), zazwyczaj jednak eksponujące w zgryźliwym tonie minimalną skuteczność bombardowań, zaś wyolbrzymiające omyłkowe trafienie wsi Kamień lub obozu koncentracyjnego w Brzezince. Dopiero niestrudzona działalność członków nieformalnej grupy badawczej AMIAP (m.in. Michała Muchy i Szymona Serwatki) rzuciła światło na to, co robiły nad Polską amerykańskie "załogi dwudziestolatków" i jaką zapłaciły za to cenę.
8 maja 1944 r. dowódca USAAF w Europie, gen. Ira Eaker podjął decyzję o równoczesnym atakowaniu zespołów przemysłowych na Śląsku, produkujących benzynę syntetyczną w oparciu o zasoby węgla. Głównymi celami bombardowań były zakłady w Blachowni Śląskiej, Kędzierzynie, Oświęcimiu-Dworach i Zdzieszowicach, rafinierie w Trzebini i Czechowicach-Dziedzicach oraz zakłady w Nowym Bohuminie na terenie Czech. Skuteczne bombardowania strategicznych celów śląskich nie byłyby możliwe bez precyzyjnego i kompleksowego rozeznania ich przez wywiad AK.
Zadanie lotników było bardzo trudne, gdyż cele położone były na krawędzi zasięgu bombowców strategicznych, operujących z terytorium Włoch. Największym wrogiem okazywał się dystans i gęsto rozmieszczone strefy obrony przeciwlotniczej i myśliwców.
Naloty rujnujące niemiecki przemysł naftowy na Śląsku rozpoczęły się w czerwcu 1944 r., a zakończyły 26 grudnia tego samego roku. Brały w nich udział liczące kilkaset maszyn formacje bombowców, eskortowane przez załogi myśliwskie. Droga z Włoch na Śląsk i z powrotem znaczona była szczątkami setek maszyn. Według ostrożnych szacunków, podczas "wojny o paliwo" Amerykanie stracili nad obecnymi terenami Polski około 40 maszyn. Efekty? Ponad połowę całego potencjału produkcji paliw III Rzeszy zniszczyły "załogi dwudziestolatków" z 15. Armii Powietrznej. Nad Europą poległo 41 tys. 802 lotników Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych. Co 20. zginął nad naszym krajem.
W końcu - Rosjanie. Wydawałoby się, że za czasów obowiązkowego czczenia wszystkiego, co radzieckie, powiedziano już wszystko, upamiętniono miejsce pochówku każdego lotnika spod znaku czerwonej gwiazdy. Tymczasem o nich... wiadomo najmniej. Załogom poległym w trakcie działań w lecie 1944 r., przygotowującym ofensywę styczniową 1945 r. czy biorącym w niej udział, nie dane było zaistnieć w pamięci mieszkańców naszych miast i wsi. Dziś bardzo trudno dotrzeć do nazwisk lotników i okoliczności katastrof. Dwa szturmowe Iły-2 roztrzaskały się w Gorcach - jeden pod Halą Długą na Turbaczu, drugi prawdopodobnie w masywie Gorca. Podobno w jednym z nich zginął wyższy oficer o nazwisku Nitowczenko.
Kolejne sowieckie maszyny rozbiły się w okolicy Gdowa, Leńcz, Kalwarii Zebrzydowskiej, Zabierzowa, Bochni, kilka lub kilkanaście w Beskidzie Sądeckim i Niskim, w masywie Babiej Góry i na Orawie. Prace identyfikacyjne trwają.
Pamięć jest obowiązkiem
Mapa Małopolski. Dno powietrznego oceanu, naznaczone prawie setką miejsc lotniczych tragedii. Tych z 1939 r. i tych z gorących miesięcy ostatniego roku wojny. Na tym najrozleglejszym polu bitwy należy stworzyć specyficzny, przestrzenny pomnik - sieć pamięci. Powinien to być system lokalnych miejsc pamięci, punktów muzealnych, scalonych dobrą informacją turystyczną i wpisanych w tworzony Małopolski Szlak Historii Lotnictwa. Początek już jest zrobiony: istnieją punkty muzealne w Wadowicach i Ochotnicy Górnej; Muzeum Lotnictwa Polskiego wyda niebawem przewodnik po lotniczych śladach w naszym regionie. Istnieje odpowiedni zapis w planie zagospodarowania przestrzennego Małopolski.
Jednak potrzebne jest centrum. Symbol, który ogniskowałby i równocześnie rozsyłałby wszystkich szlakami kulturowej turystyki, do autentycznych miejsc wydarzeń. Intelektualną rolę takiego ośrodka spełnia Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Brakuje jednak nośnego, ekspresyjnego symbolu.
Mamy w Krakowie takie miejsce - widoczne dla każdego, kto pociągiem lub samochodem przekracza Wisłę, jadąc na południe. Tę Wisłę, nad którą w nocy 16 na 17 sierpnia 1944 r. rozsypał się w ogniu zestrzelony liberator por. Wrighta. Mamy w Krakowie bulwary Czerwieński, Podolski, Inflancki. Na przygotowywanym do rewitalizacji Zabłociu powinien zaistnieć bulwar Lotników Alianckich, oznaczony i urządzony w nowoczesny sposób. Stałby się on "Południkiem Zero" dla pamięci o wszystkich ofiarach powietrznych bitew nad naszą ziemią.
Krakowowi i Małopolsce potrzebny jest nowoczesny i uniwersalny znak pamięci, symbolizujący ogrom wysiłku i ofiar poniesionych przez lotników państw koalicji antyhitlerowskiej na terenie południowej Polski. Pamięć ta jest obowiązkiem - jako znak wdzięczności lotnikom nie tylko polskim, lecz także brytyjskim, amerykańskim, kanadyjskim, południowoafrykańskim, australijskim, nowozelandzkim, rosyjskim. Dzieje bitwy, która toczyła się na naszym niebie, powinny przeniknąć do zbiorowej świadomości mieszkańców Krakowa i Małopolski. Skala, znaczenie, dynamizm i brutalność walk lotniczych, stopień determinacji załóg, dramatyczne wydarzenia związane z ratowaniem powietrznych rozbitków przez żołnierzy Polski Podziemnej i ludność naszych wsi - to autentyczny, gorący, wielki i barwny temat, godny wyeksponowania w krajobrazie miasta i regionu.
Mimo setek grobów na cmentarzu Rakowickim, kilkunastu tablic i kilku ekspozycji tematycznych - lotnicy z załóg maszyn zrzutowych czy bombowców odchodzą już w cień, a nigdy nie dane było im w pełnym blasku chwały stać się bohaterami naszego miasta i regionu. Zasługują na to, bo byli prawdziwymi bohaterami. Stwórzmy w Krakowie bulwar Pamięci Lotników Alianckich!
Krzysztof Wielgus
Gazeta Krakowska
2007-03-24
Krzysztof Wielgus pracuje w Instytucie Architektury Krajobrazu Politechniki Krakowskiej. Jest znakomitością w świecie pasjonatów lotnictwa. Od ponad 20 lat szuka w Małopolsce wraków samolotów strąconych podczas II wojny światowej. |